wtorek, 30 marca 2021

Wadi Rum - jordański numer 1

 

Jak pustynia to Sahara, jak Sahara to piasek. Każdy ma na pewno takie skojarzenia i dla większości tyle wystarcza. I do tej pory też tak mniej więcej myślałem, choć wiedziałem, że Sahara to nie jedyne takie miejsce na ziemi. Jednak te dwa dni spędzone w Wadi Rum zmieniły moje wyobrażenie o pustyni i dodały jedne z piękniejszych krajobrazów do mojej galerii zdjęć.

Siedząc wieczorami i przeżywając każdy kolejny dzień pod koniec naszego pobytu mieliśmy już wiele miejsc, by wybrać nasze top 3 Jordanii. Wadi Rum jednogłośnie zajmował pierwsze miejsce, od momentu, gdy tylko dane nam było zobaczyć pierwsze skały, pagórki, doliny. Księżycowy, a raczej marsjański krajobraz (tu kręcili Marsjanina) nie był podobny do niczego, co dotąd widziałem. Jak później stwierdziłem, gdyby w Polsce było takie miejsce, to każda pojedyncza góra mogłaby być parkiem narodowym. 

Wyjazd do Jordanii jak nigdy miałem przygotowany i zaplanowany co do każdego dnia. Co więcej, przygotowując się dużo przeczytałem i wiedziałem, czego się spodziewać. Wiedziałem, gdzie przyjechać, kto nas odbierze, gdzie pojedziemy, z ekscytacją czekałem na przejażdżkę wielbłądem, z jeszcze większą na nocleg w beduińskim namiocie w środku pustyni. Jednak w moich ograniczonych wyobrażeniach nie potrafiłem sobie w najmniejszym stopniu wyobrazić piękna i niepowtarzalności tego miejsca. Pierwsze co czaruje i czyni unikalnym to kolory. Czerwień, żółć, pomarańcz to barwy, których nie sposób znaleźć w znanej mi przyrodzie. Magicznie i kolorystycznie uformowane góry przyciągają wzrok, czarując wyobraźnią i zmuszając do robienia kolejnego i kolejnego zdjęcia. W takich momentach niezmiernie się cieszę, ze wynaleziono aparat cyfrowy. Gdybym tu przyjechał lata temu to albo ze łzami bym fotografował, patrząc jak się kurczy zapas moich klisz, albo ze łzami bym nie fotografował, patrząc jaki widoki uciekają mi już na zawsze. Staram się nie robić zdjęć hurtowo, jednak tu nie dało się nie robić mnóstwa zdjęć - tu każdy skrawek tego małego świata to niespotykane, niepowtarzalne, przeurocze miejsce. 

Wadi Rum to przyroda, niekończące się krajobrazy. Ale Wadi Rum to także ludzie. A może przede wszystkim. Do it from the heart or not at all - naklejka na szybie jeepa mogłaby być mottem dla niejednego człowieka. Beduini - nazwa dotąd tak odległa jak Aztekowie czy Zulusi. Gdzieś na końcu świata ktoś taki jest, a może był, ktoś, kto pojawia się w literaturze, lecz nigdy nie pojawi się w życiu. Kolorystyczne wyobrażenie ludzi pustyni nagle staje się rzeczywistością. Oto jesteśmy pod opieką młodego chłopaka, który wiezie nas swoim terenowcem wgłąb pustyni. Normalnego, codziennego, ubranego w długą tunikę, lub jak ją dokładnie nazywają galabiję, z głową owiniętą chustą chroniącą od słońca. Uśmiechniętego, piękną angielszczyzną zagadującego przestraszonych turystów. Wiezie nas do swojego domu. Beduini to lud koczowniczy, bez meldunku, błąkający się po pustyni, jednak dzisiejsi beduini to również biznesmeni, ogarniający turystów, będąc gospodarzami tego uroczego miejsca. Gdybym miał ich szybko scharakteryzować to byłaby to mieszanina uroku osobistego, gościnności i braku pośpiechu. To nie polski góral, który za dudki sprzeda duszę diabłu, a nieświadomego cepra oskubie do cna. To bardziej właściciel wspaniałej kolekcji, pasjonat, który opowie o każdym detalu, eksponacie i będzie przeszczęśliwy, gdy zobaczy, że ktoś powiela i podziwia jego zainteresowania. Mamy czas - to nam mówią na początku naszej przygody, częstując niepowtarzalną beduińską herbatą. Napój ten nierozłącznie będzie później związany z przygoda na pustyni. 

Jest początek lutego. Wyrwani z polskiej zimy oto jesteśmy na środku pustyni, w pełnym słońcu, w koszulkach i okularach słonecznych. Jedziemy jeepem na spotkanie nowego, cudnego świata. Nasza pierwsza przygoda to jazda na wielbłądach. Nigdy nie jeździłem konno, bo się jakoś tego bałem, teraz mi przyszło doświadczyć jazdy na wielbłądzie. Na gigancie, z którego grzbietu mój lęk wysokości już dawał się we znaki. Oczywiście nie była to jazda w galopie, raczej spacer na uwięzi, jednak i tak przysporzył adrenaliny. A gdy zwierzak podnosił się i gdy siadał, już widziałem swój rychły koniec. Jednak za chwilę mogłem odpowiedzieć na pytanie - kiedy robiłeś ostatni raz coś pierwszy raz.  Jeździłem na pustyni wielbłądem brzmi bardo dobrze! Z bijącym sercem ruszam poznawać kolejne perełki pustyni. Głowa kręci mi się wkoło, aparat nie ma czasu odpocząć, siedząc na pace jeepa mam bardzo dobre warunki, żeby łapać krajobrazy. Nasz przewodnik ma wszystko skalkulowane co do minuty. Wiadomo, że robi to każdego dnia, dlatego możemy mu zaufać, że nic cennego nie przegapimy. Opowiada nam o Lawrencie z Arabii, człowieku, który odegrał ogromną role w odzyskaniu niepodległości przez kraje arabskie, a który dużo życia spędził właśnie tu, w Wadi Rum. Polecam oglądnąć film przed wizytą, można w ten sposób zyskać wiele informacji. Dostajemy wiele czasu przy czerwonej wydmie, miejscu, które rzeczywiście może kojarzyć się z pustynią. Duża góra czerwonego piasku zamienia nas niczym w dzieci bawiące się w piaskownicy. Skaczemy, sypiemy się, turlamy. Brakuje tylko wiaderek, żeby lepić babki. A gdy już się sturlaliśmy, mamy przerwę na obiad. I kolejne szklaneczki herbaty. Można by ją pić bez końca. 

W dalszej części naszej przygody zwiedzamy kanion Khazali, z liczącymi kilka tysięcy lat rysunkami na skałach, bardzo malowniczy skalny łuk, na którym po kolei robimy zdjęcia, a niebawem po nim duży łuk, gdzie już nie wszyscy wychodzą. Jasne, musiałem tam wyjść, jednak mój lęk wysokości paraliżował mnie niesamowicie. Dziwne, ze po górach daje radę bez problemu, a tutaj szedłem na bezdechu z trzęsącym się ciałem. Przespacerowaliśmy się również kolejnym kanionem - Abu Khashaba, przemierzając na bosaka półgodzinną drogę między skałami po przyjemnym piasku. Te główne atrakcje nie przyćmily jednak całodziennej podróży po pustyni. Dla mnie każda góra była magiczna, Przeorane niczym wprawną ręką rzeźbiarza skały, mieniące się ciepłymi kolorami polskiej jesieni malowały mój wyidealizowany obraz tego miejsca. Jednego z najpiękniejszych, jakie w życiu widziałem. Dzień kończymy przy rozległej dolinie, przygotowani na spektakularny zachód słońca. Gorące, złote słońce zachodzące na gorącej, czerwonej pustyni - to musi być bardzo malarski widok. I niestety tego widoku nie mam w pamięci, jak i widoku czarnego nieba rozświetlonego miliardami gwiazd, które tu - na pustyni - nie zmącone żadnym sztucznym światłem ludzkiej cywilizacji świecą niczym ledy. Brak tych widoków, na które szczerze liczyłem, jest motywacją, żeby tu wrócić. Każdy z nas mówi, ze trzeba tu wrócić. Ale jak, kiedy świat jest taki duży i wciąż nieodkryty czeka. Czas pokaże. 

Dojeżdżamy do naszego obozu. Spałem w namiocie beduińskim na pustyni - jakże instagramowo to musi brzmieć. W każdym towarzystwie takim zdaniem zdobyłbym centrum uwagi. Tylko, że ja nigdy tego nie potrzebowałem. Jednak noc na pustyni zostanie w moich przygodach jako jedna z bardziej egzotycznych  nocy. Ta cisza, izolacja, świadomość, że jest się  na środku pustyni dzikiego - dla Europejczyka -  świata - wszystko to tworzyły mieszaninę niespotykanego do tej pory uczucia. No i oczywiście nie da się zapomnieć miny Romka, gdy próbował rozkminić o co chodzi, gdy zaczęliśmy grać w kalambury :)  

Niestety, pogoda następnego dnia zgodnie z zapowiedziami popsuła się. Lecz i tak byłem szczęśliwy, że poprzedni dzień dostarczył nam tylu wrażeń, a pogoda dopisała. Nasza przygoda z Wadi Rum dobiegała końca. Jeepem wróciliśmy do naszego samochodu, zaparkowanego przy bramie wrotach pustyni. Jordański top one dobiegł końca, zostawiając mi setki zdjęć i wrażeń, ładując moje akumulatory uroku przyrody na długie miesiące. Dobrze byłoby tu wrócić!




















































Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza