wtorek, 10 marca 2020

Gruzja - Tbilisi

Tbilisi - znana nazwa, ale dotąd myślałem, że to koniec świata, jakieś Baku ze szklanych domów Żeromskiego, lub miejsce, gdzie polscy piłkarze nie potrafią strzelać goli. Teraz, siedząc w  pociągu, który w końcu - po całej nocy - dojeżdżał do stolicy Gruzji, byłem na równi zmęczony i podekscytowany. Jaka będzie stolica tego pięknego kraju? Pewnie beton i blokowiska, tłum i dziki ruch. A może wielkie przestrzenie i niezwykła starówka? Jaka by nie była, to najbardziej odległe miejsce na ziemi w którym się znalazłem.

Tbilisi powitałem o 5 rano, będąc potwornie zmęczony podróżą w niewygodnym pociągu. Byliśmy dosyć wcześnie, lecz przed nami było do pokonania 5 km do naszego kolejnego bookingu. Plecak na plecach, mniejszy z przodu i tak zaczęliśmy poznawać uroki tego miasta. Miasta, które witało nas szarzyzną, pustymi, szerokimi ulicami, i budzącym się do życia dniem. Spacer ciągnął się w nieskończoność, lecz prawdziwym wyzwaniem było znalezienie naszej kwatery. Po raz kolejny twierdzę, że wynajmujący pokoje/domy to tacy cichociemni, którzy robią to w totalnej konspiracji, niczym posiadacze drukarni w czasach wojny. Nikt nic nie wie, nikt nie zna, nikt nie słyszał, a  nazwa ulicy i  numer domu zupełnie w niczym nie pomaga. Piękne to jest !
Gdy już udało nam się zakwaterować, po krótkim odpoczynku ruszamy na miasto. Do ścisłego centrum mamy 20 minut drogi, więc można powiedzieć, że lokalizacja jest idealna.  Schodzimy z góry, gdzie mieści się nasz dom, pierwsza atrakcja, jaką widzimy to słynne łaźnie siarkowe, które według internetów jest jednym z must zaliczyć.  Zostawiamy jednak to na wieczór, kierując się stronę bardzo charakterystycznego mostu-podpaski. Pokazuje on, że Gruzini mają fantazję tak w budowie jak i nazywaniu swoich obiektów. Korzystamy też z kolejki linowej, która wwozi nas na szczyt góry z ruinami twierdzy Narikala, z którego rozpościera się niesamowity widok na stare miasto. Wzgórze, na którym dostojnie stoi Kartlis Deda - Matka Gruzji, dla niepoznaki nazywana w tym języku jak tato. Widać miasto jak na dłoni, most, za nim futurystyczny budynek jak dwie tuby, dalej pałac prezydencki. Wieże licznych cerkwi, czerwone dachy i przecinająca miasto na pół rzeka Kura.
Idziemy dalej, telefon w ręce pokazuje co jeszcze warto zobaczyć i jak tam dojść.W ten sposób docieramy do cerkwi Metekhi z potężnym pomnikiem króla Vakhtanga Gorgasali, lecz prawdziwą potęgę widzimy za kilkanaście minut. To górująca nad miastem największa cerkiew na Kaukazie - sobór Świętej Trójcy - Cminty Sameby. Jest rzeczywiście ogromny, wystarczy wspomnieć, że jego powierzchnia to 5000m2. Postawiony nie tak dawno temu, bo na początku XXI wieku, jednak stylizowany jak wszystkie stare cerkwie gruzińskie. Oddaliliśmy się tym samym od naszej starówki i głównego deptaku, pełnego stylowych knajpek, a że zbliżała się pora obiadu, więc zdecydowaliśmy tam powrócić. Po szybkim posiłku zwiedzamy dalej. Mijamy koślawą, wyglądającą na dosyć starą wieżę zegarową, która jeszcze raz udowadnia, że fantazja w narodzie gruzińskim jest wielka. Krążąc trochę po okolicy udaje nam się także dojść do bazyliki Anchiskhati, która jak wiele sakralnych budowli starsza jest niż historia Polski. Znowu na myśl mi nachodzi - co byśmy mieli z przeszłości gdyby nie religia? Wszak większość historycznych budowli to właśnie obiekty sakralne bądź zbudowane na cześć jakiś bóstw. Z tymi myślami spacerując znów wokół łaźni, kończymy pierwszy, lecz nie ostatni dzień w Tbilisi. Dzień męczący, jednak owocnie spożytkowany.























Kolejny dzień spędzony w Tbilisi sprawia, że zakochuję się w tym miejscu. Niektórzy lubują się w czystości, pięknej architekturze, elegancko przystrzyżonych trawnikach i wyszykowanych parkach i ogrodach, ja natomiast uciekam od cywilizacji, nijak mi po drodze z jakimiś Paryżami, Londynami czy Rzymami.  Bardziej podoba mi się stary Rozwadów z jego zakamarkami i opuszczonymi kamienicami, niż wypieszczony krakowski Rynek. I właśnie po części przez przypadek odkrywamy taką magiczną cześć Tbilisi. Miejsce, w które jakoś skręciliśmy, bez przewodników i googlimap i z którego już wychodzić nie chciałem. To osiedle zapomniane przez cywilizację, osiedle starych kamienic, które wydają się być lepione, doczepiane jedna do drugiej, to domy, które czas swojej niewątpliwej świetności mają już dawno za sobą. Miejsce, które nie ma prawa istnieć w cywilizowanym zachodnim świecie, a tu jest kilka kroków od centrum. Spacerujemy, chłonę każdy z tych domów i czuję się, jakbym cofnął się lata wstecz. Tu myśl architektoniczna miesza się z inżynieryjską, oblepione ściany domów pozbijanymi oknami, odpadające tynki, podparte szynami ściany, wszystko to jakoś trzyma się razem, a każde następne piętro udowadnia, że jeśli chodzi o budowlankę, tu nie ma rzeczy niemożliwych. No i te suszące się ubrania - są wszędzie!










































Nasyciło mnie to miejsce niesamowicie. Właśnie tego szukałem, myśląc o dalekim, wschodnim kraju. Właśnie takich starych, podupadłych miejsc, które z pewnością w ciągu kilku lat znikną robiąc miejsce biurowcom i prawdziwym szklanym domom. Byłem szczęśliwy, że tu dotarłem.
A gdy mowa o starociach, to był następny punkt naszej dzisiejszej wędrówki. A dokładnie bazar na Suchym Moście. Dużo o nim ciekawych rzeczy Internet podawał, więc nasze nastawienie do odwiedzenia tego miejsca było też dosyć pozytywne. I rzeczywiście, bazar okazał się rozległym miejscem pełnym sprzedawców, którzy oferowali co tylko się dało. Od staroci, wśród których na pewno można wyszperać by było perełki, po chińską tandetę niczym z przykościelnych kramarzy.  Niestety, jeśli coś było naprawdę wartościowego, to miało też niebotyczną cenę. Ale to raczej reguła, zachodni turyści nauczyli ich się cenić.
Spacerując dalej dostrzegamy kolory Gruzji, zdobienia domów, kolorowe ubrania, pełne kolorów przyprawy. Nie jest wcale tak szaro, jak wczoraj mi się wydawało. Ludzie są uśmiechnięci, życzliwi. Nie pędzą nigdzie, rozmawiają, uśmiechają się. Są inni od tych, których spotykam w Polsce. A może ja już jestem inny tutaj. Dumając o takich rzeczach docieram do przedziwnego miejsca. A zwie się Warszawa. To bardzo stylowa knajpeczka, wytapetowana gazetami ze starych czasów, z logiem Solidarności jeszcze. Menu na ścianie sprawia, że człowiek sam się uśmiecha. I ten sympatyczny sprzedawca w polskiej knajpeczce: "Polski? Ruskij ?" "Nie, English". Ale nie jesteśmy tacy, żeby w obcym państwie obstawać przy polskich wyrobach - kończy się czaczą ;)
Na koniec dnia ciągnę Romka jeszcze w odległy zakamarek miasta, mówiąc, że idziemy do domu. Po jakimś czasie przestaje mi wierzyć, ale teraz już nie ma wyjścia, musi iść. Docieramy do ulicy i pomnika Lecha Kaczyńskiego. To nazwisko otwiera tu wszystkie drzwi i serca. Pamięć o naszym prezydencie jest tu wciąż żywa, to on lata temu przyjechał wesprzeć Gruzinów, gdy wojska Ruskich stały na granicy gotowe do najazdu. Nie mogliśmy przegapić tego miejsca i cokolwiek bym nie myślał o polityce i partii rządzącej, to jednak tu, tysiące kilometrów od kraju, czułem się dumny, że jestem Polakiem.







  














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz