czwartek, 27 lutego 2020

Gruzja - Jaskinia Prometeusza, wąwóz Okatse i wąwóz Martvili

http://fotoblog.interfolio.pl/2020/02/gruzja-jaskinia-prometeusza-wawoz.html
Spędzając kolejny dzień w Gruzji, Kutaisi nie mieliśmy zbytnio planu co robić. Z pomocą przyszła nam nasza gospodyni, która zasugerowała wycieczkę do trzech ponoć bardzo interesujących i malowniczych miejsc. Jeden telefon i za moment witał nas miejscowy kierowca ze swą szaloną maszyną. Wsiedliśmy do wysłużonej chyba Łady i pomknęliśmy w siną dal. Pomknęliśmy to mało powiedziane, nasz szofer jechał niczym właściciel drogi i pan poboczy. Nie zwracając uwagi na inne samochody mknął przed siebie, a jego klakson przerywał ciszę niczym mało cenzuralne słowa gdy gra Polska. Po niedługim czasie stawiamy się przed wejściem do Jaskini Prometeusza

Jak wyczytałem w Internecie, to jedna z najpiękniejszych jaskiń na świecie, odkryta zaledwie w 1984r. Za chwilę miałem się przekonać o jej uroku. Z moich dotychczasowych doświadczeń, chodzenie po jaskiniach to mało interesujące i z powodu ogólnej ciemności mało fotograficzne przeżycie, jednak ta jaskinia kompletnie zmieniła mój punkt widzenia. Nasza rosyjsko mówiąca przewodniczka opowiadała o jej historii, kształtowaniu, legendach, motywach, ale ja już nie byłem w stanie jej słuchać, gdyż formy skalne i fantastyczne oświetlenie pochłonęły mnie do reszty. Staram się ograniczać liczbę robionych zdjęć, lecz tutaj było to naprawdę ciężkie. Co krok, co zakręt pojawiały się niewyobrażalne kształty, a ich oświetlenie, zmieniające się barwy dodatkowo potęgowały ich ekspresję. Blisko godzinny spacer, podczas którego pokonaliśmy 1,5 km trasy zapewnił nas, że Gruzja musi nas zauroczyć.








Po wyjściu z jaskini nasz kierowca zabiera nas do Wąwozu Okatse. Nic mi ta nazwa nie mówiła oprócz skojarzenia, które jakoś zupełnie przypadkowo komponowało się z wczorajszą czaczą - wąwóz nakaca.  I rzeczywiście-  spacerujemy w pięknej pogodzie kilka kilometrów zanim docieramy do kolejnej pieniędzobralni. Czyste, rześkie powietrze, zieleń przyrody relaksują nas. Jednak dopiero za chwilę wszystkie problemy znikną. Wąwóz to wąwóz, spacer jakimś szlakiem, urwiska, jakaś rzeka pewnie, cisza i spokój. I tu zaczyna się niespodzianka. Jakiś futurolog wymyślił sobie, żeby zrobić chodnik przykuty do ściany wąwozu, miejscami nawet 100 m nad poziomem rzeki. Robi to wrażenie ! Szczególnie na mnie, mój lęk wysokości mało kiedy był narażony na takie ekstrema jak tutaj. Staram się nie patrzeć w dół, Romek rechocze jak zwykle przede mną, a ja niczym w paraliżu modlę się, żeby szlak ten jak najszybciej się skończył. I gdyby było mi mało na końcu chodnika wizjoner zaprojektował taras idący prosto nad przepaść. To dopiero było wyzwanie! Obyło się bez pampersa, jednak przy barierce nie stanąłem ;p Jeśli ktoś ma lęk wysokości zdecydowanie nie polecam.



 




Kolejnym punktem naszej wycieczki jest Wąwóz Martvili. Znowu kasują nas spore pieniądze, dodatkowo za mikro spływ pontonem, lecz niczego nieświadomi płacimy i idziemy. Co warte zauważenia, Gruzini maja dwie ceny, jedne dla swoich o połowę mniejsze, inne dla pozostałych. Wiedzą jak zarabiać i nie odstraszać rodaków. Jak Jaskinia Prometeusza zachwyciła, tak wąwóz troszkę rozczarował. Być może zgodnie z powiedzeniem, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, spodziewaliśmy się więcej. Na początek spływ pontonem, który trwa kilkanaście minut i zaraz za zakrętem przewodnik każe nawracać. Owszem, widoki są przepiękne, strome ściany wąwozu, porośnięte mchem wydają się pochłaniać nas z każdej strony, a turkusowa, krystaliczna woda tai w sobie głębię rzeki. Jednak czegoś brakuje - chyba po prostu przestrzeni i ta łatwość dostępu - to nie Morskie Oko, gdzie idziesz wieczność asfaltem, by na koniec zmęczony, ale szczęśliwy zobaczyć jezioro i wrócić. Tutaj ten efekt dostajesz od razu na tacy. Po zakończonym spływie ruszyliśmy w dół rzeki, miałem wizję długiego spaceru niczym w Słowackim Raju, jednak znów okazało się, że szlak to krótka, kilkuminutowa przechadza wzdłuż co by nie było malowniczych brzegów rzeki. Rzeki która urywa się, spada, rzeźbi przełom i gdzieś w dole szumi wśród porośniętych mchem gałęzi starych drzew.









Na koniec kierowca zabiera nas na marszrutkę jadącą do Batumi. To będzie kolejny etap naszej wycieczki. I z tego momentu na zawsze zapamiętam szaleńczą jazdę i te krowy, krowy, które były wszędzie i zupełnie nic nie robiły sobie na widok pędzącego wehikułu czasu. Nie wiem, kto był bardziej zwariowany - one które stały na środku drogi bez ruchu, czy tez nasz szofer, który pędził miedzy nimi setką  nie zważając na czyhające niebezpieczeństwo. Gdyby którakolwiek chćby łeb skręciła, to za chwile ten łeb pewnie leżałby na tylnym siedzeniu naszego samochodu. Ale jak widać są  wyluzowane, ale to nie samobójcy. I jeszcze zostanie ten widok, gdy jadąc czymś, co zapewne było miejscową autostradą mijamy pasące się nie dość że pomiędzy pasami ruchu to jeszcze na wzniesieniu krówki. Cudowny kraj!
Koniec wycieczki, nasz towarzysz próbuje jeszcze wyciągnąć od nas dodatkowe pieniążki za usługę, jednak jakoś w tym momencie nasz rosyjski jest tak ubogi, że go wcale nie rozumiemy. Kwadrans i wsiadamy do marszrutki - kierunek Batumi. Ale to już temat na kolejną opowieść.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza