poniedziałek, 18 marca 2019

Sinemorec - bułgarskie lazurowe wybrzeże


Kiedy przyjechałem tu pierwszy raz była to dzika, piękna plaża, niemalże pusta, co wykorzystywali nieliczni miłośnicy opalania całego ciała bez wyjątku. Bliskość granicy z Turcją wykluczył ten uroczy zakątek od powszechnego dostępu dla turystów. Pamiętam to zauroczenie, gdy idziesz w stronę plaży i nagle widzisz pas ziemi oblany z obu stron wodami, stojąc na górze. Turkusowy kolor morza po prawej i wpadające wody rzeki Weleka po lewej gdzieś na końcu plaży się mieszają, środek natomiast pełen piasku, pozbawiony zabudowań, hoteli, cywilizacji...

Woda jest tu podobno i najczystsza i najcieplejsza na całym bułgarskim wybrzeżu. I po pierwszym zanurzeniu wiedziałem, że najbardziej niebezpieczna - kilka kroków i dno ucieka spod stóp. Jednak pierwsze co poczułem to niesamowity, różny od innych piasek. Bardzo drobny żwirek, stanowiący fantastyczny pilling dla stóp. A aby dotrzeć do ujścia rzeki należy przebyć całą plażę, można się porządnie zmęczyć tym masażem. Kiedy już tam dotarłem spotkało mnie koleje zaskoczenie - z jednej strony ciepła, słona woda morska, a z drugiej chłodniejsza, za to słodka woda rzeki. Obie strony plaży zdobyły swoich zwolenników.
Kilka razy będąc tu miałem szczęście trafić na dosyć duże fale. Cóż to była za frajda! Rozpędzeni rzucaliśmy się z w wir szalejącej wody, która robiła z nami co chciała. Po przemocnym uderzeniu czy to w plecy, czy też w klatkę obracała mną niczym zabawką, nie raz nie pozwalając się z niej wydostać. Ależ bardzo czułem się tutaj częścią otaczającej przyrody!
Nie ma w Bułgarii drugiego tak cudownego miejsca. I choć z każdym rokiem plaża staje się coraz bardziej zaludniona i podobna do pozostałych, jednak zawsze będzie miała swój urok i mam nadzieję, że zostanie jej choć troszkę z tej dziewiczości, którą miała, gdy ją pierwszy raz zobaczyłem.

















Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza