piątek, 13 kwietnia 2018

Wielkanoc na Ukrainie -Христос воскрес


Wystawa pisanek przy kościele Dominikanów
Od lat myślałem o wyjeździe na Ukrainę, by być w sercu obchodów prawosławnej Wielkanocy. Obrazki popów w wyszukanych, prawosławnych szatach liturgicznych, woń kadzideł, wieczorne śpiewy plątały się gdzieś w moich fotograficznych zamiarach. Aż w końcu nadszedł ten czas i decyzja – w tym roku musi się udać. Zmotywowany moim czelendżem 44 i prognozą pięknej pogody zacząłem przygotowania.

 Szybki plan wyjazdu busem, objazd po przygranicznych wioskach, żeby poczuć prawdziwy, szczery klimat obchodów Wielkiej Nocy, jakiś nocleg we Lwowie – wszystko to wydawało się w zasięgu ręki. Wystarczyło zebrać kilku chętnych i jedziemy. I tu niestety zaczął się problem. Po ekipie Bizonów, którzy zawsze byli gotowi na najbardziej szalone wyprawy niestety zostały jedynie wspomnienia. Nadzieję podtrzymał Romen, który zdecydował się na wyjazd swoim samochodem, jednak po namyśle wysłał esa, że nie tym razem. Smutek.. Długo biłem się z myślami, czy jechać, lecz tym razem musiałem. Ten rok będzie ciekawy, a to jest pierwszy krok mojej rocznej przygody.
Już to przerabiałem lata temu, teraz tylko szybkie sprawdzenie na necie, czy dalej tak to działa. Działa ! Marzena jedzie ze mną i tak zaczyna się przygoda pt. ukraińska Wielkanoc 2018. Ruszamy samochodem do Medyki, wcześniej planowałem do Przemyśla, lecz jak wyczytałem na necie, parking w Medyce to tylko 5 zeta za dobę, więc po co fatygować przemyskie busy? O 9 jesteśmy na granicy, praktycznie żywej duszy, więc już po chwili niebiesko pomarańczowy napis informuje nas, ze jesteśmy w innym świecie. 



Ludzie ludziom zgotowali... Czym się różni granica ta od Słowackiej, ci ludzi od Słowaków, że trzeba druty kolczaste zakładać?

Po chwili mili panowie proponujący podwózkę witają nas przyjacielsko, lecz niestety nie znajdą w nas klientów tym razem. Idziemy dalej w stronę busów, które za grosze dowiozą nas w głąb Ukrainy, w kierunku Lwowa. Szczerze, to nie wiem, gdzie pojedziemy i co zobaczymy, na pewno nie będzie to Lwów na początek. Chcę zakosztować uroku wsi, ich folkloru, prawdziwych ludzi. Jesteśmy w Szegini. W oddali błyszczy się złoty dach kościoła, kontrastując z drewnianymi, wiejskimi domami. Z daleka słychać dochodzący śpiew prawosławnych pieśni, zapraszający nas do odwiedzenia tej świątyni. Godzina do przodu, więc jest nieco po 10 rano. Polska wielka sobota to poranne święcenie pokarmów i walka w kuchni, tu natomiast kościół pełen wiernych i niekończące się śpiewy, prawosławne znaki krzyża i znajomo brzmiący Gospodir pamiłuj. 
Cerkwia w Szeginie

Żołnierz w Grobu Pańskiego

Cerkwia w Szeginie
Rusznyk na krzyżu i świecach

Od razu urzeka mnie rusznyk, bogato zdobiony materiał, niczym obramówka, okalająca krzyż, ikony i inne obrazy. Na próżno szukam grobu Pana Jezusa, jednak widzimy dwóch chłopaków przebranych za żołnierzy pilnujących – no właśnie – czego ? Nie da się podejść bliżej, żeby dokładnie zobaczyć. Zobaczymy w innym kościele. Wychodzimy, gdyż zbliża się godzina odjazdu busa, lecz po drodze jeszcze wstępujemy na pobliski cmentarz. Piękne, nowe groby w wyrytymi obrazami zmarłych sąsiadują ze starymi, podupadłymi grobami. Szukam polskich nazwisk, alfabetu łacińskiego, jednak nie ma ani jednego takiego grobu. Ale czy nie ma polskich nazwisk? W rzeczywistości same polskie, znajomo brzmiące, dla osób nie znających cyrylicy nic nie mówiące. Nigdy nie byłem fascynatem polityki i historii, lecz nutka smutku i nostalgii się włącza. To byli Polacy, to była Polska. Jedźmy dalej!
Po chwili siedzimy w marszrutce jadącej w kierunku Lwowa. Kierowca skasował 22 hrywny do Mościsk. 1,30 zł. To mi się podoba. Współpasażerowie pomagają nam odnaleźć właściwy przystanek i po niedługim czasie wysiadamy. To będzie pierwszy punkt na mojej liście 44 miejsc. Pierwsze co widzimy to górująca nad całym miastem niebieska cerkiew. Idziemy w jej kierunku mijając monumentalny miecz, symbolizujący ukraińską walkę o niepodległość. Znów słychać śpiew z wewnątrz kościoła. Znów żołnierze stojący przy, jak się okazuje, obrazie zmarłego Jezusa. To pierwsza różnica w porównaniu z polskimi zwyczajami. Rozglądam się, lecz nigdzie nie widzę koszyków z pokarmami. Spędzamy chwile w kościele, już mamy wychodzić, gdy z chóru rozlega się śpiew. Niesamowite wrażenie, akustyka kościoła i prawosławne pieśni nie pozwalają się ruszyć. Mógłbym tak stać i słuchać tych śpiewów przez długi czas, jednak dziś czeka na nas jeszcze wiele wrażeń. Ruszamy dalej.
Cerkiew w Mościskach

Wnętrze cerkwi

Pomnik papieża w Mościskach




uwaga wyboje na długości 2 000 km

nie wstydzimy się religii


jeden z mostów od którego pochodzi nazwa miasta

Po drodze mijamy kościół katolicki z jakże bliskim sercu pomnikiem naszego papieża i polskimi podpisami. Tam też trafiamy na ogłoszenia parafialne w języku polskim. Radośniej na sercu. Lecz tu nie ma dziś żadnych świąt. Kościół zamknięty. Kolejna cerkiew zaskakuje nas koszykami z pokarmami do święcenie. A jednak! Jak mówi nam piękna polszczyzną jeden ze skrycie fotografowanych posiadaczy koszyków, tu na Ukrainie święcenie zaczyna się po południu. Spacerujemy dalej po miasteczku, jakoś tak przypomina mi nasze prywatne Nisko, tylko w centrum pomnik Chmielnickiego nie daje zapomnieć, że to jednak Ukraina. O Ukrainie też dosadnie mówi stan drogi. Nie ma odważnego, który rozpędzi się do przepisowej prędkości, a jazda to raczej slalom między dziurami. Kocham ten folklor !! Czas jechać dalej.
Kolejna marszrutka za 6,50 zł zawozi nas do Lwowa. Szybko wyliczam, dodaję, dzielę i wychodzi na to, że cena z podróżą i noclegiem wyniesie nas niespełna 70 zł na głowę. Weekend we Lwowie, bez kolejek na granicy, ze swobodą działania, bez proszenia się o towarzystwo. Czy może być lepiej? Wysiadamy jako ostatni, bo niestety nie rozumiemy kierowcy, który pyta, gdzie chcemy wysiąść. Pomaga nam w tym wysiadający z nami chłopak, który również mówi po polsku.
Co robić we Lwowie? Nie mam żadnego planu. Chcę zobaczyć prawosławną Wielkanoc, ta wycieczka skupi się na spacerach po kościołach i szukaniu motywów do zdjęć. Lecz najpierw musimy znaleźć nasz hotel. Rezerwacja na bukingkom to jedyna zaplanowana i zorganizowana rzecz tej wyprawy. Pozostałość to spontan i tak najlepiej odnajduje się w podróży. Ale czy na pewno? Nie raz podróżowałem w ciemno, szukałem po nocach jakiegoś noclegu, zastanawiałem się, jak dostać się na bazę. Ale zawsze byłem ze swoją ekipą. Ta ekipa to już przeszłość, a podczas tej wycieczki jednym z moich zadań wewnętrznych to otwieranie się do ludzi. Nowa rzecz dla mnie. Zagadywanie, pytanie o drogę, dopytywanie się o szczegóły to rzeczy, których nie potrafię. Dużo muszę się nauczyć, zanim wysiądę sam z samolotu na drugim końcu świata.. Teraz jednak jest Marzena. Dla niej te wszystkie rzeczy nie sprawiają żadnego problemu. Na szczęście.
Nieraz czytałem, słyszałem, że ludzie ogólnie są pomocni, chętni, szczerzy i uprzejmi. Gdziekolwiek byś się nie znalazł. Stoję z papierową mapą przed mapą uliczną i szukam jakiegokolwiek elementu, który pozwoliłby mi się zlokalizować. I tu pojawia się sympatyczna lwowianka, mówiąca po polsku, która pomaga nam znaleźć drogę. Takich sytuacji będzie jeszcze wiele. Po półgodzinnym spacerze docieramy na miejsce. Schludny, zlokalizowany na 6 piętrze hotel, z prywatną łazienką oferuje jak za te pieniądze bardzo dobre warunki. Chwila odpoczynku i ruszamy na Lwów. Już bez plecaków, tylko dwa aparaty ciążące po obu stronach każą mi rozglądać się wokoło, by nic ciekawego mi nie umknęło.
Mogę śmiało powiedzieć, że podczas tej wycieczki jestem turystycznym ignorantem. Nie wiem, gdzie chcę iść, co zwiedzić, nie wiem, co jest co. Z małym wyjątkiem. Archikatedralny sobór św. Jura to miejsce, które chcę zobaczyć jako pierwsze. Ta katedralna cerkiew archidiecezji lwowskiej Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego, widoczna z okien naszego hotelu, daje gwarancję doświadczenia podniosłości dzisiejszych świąt. Idąc źle brzmiącą dla Polaka ulicą Bandery skręcamy w kierunku cerkwi. Już z dala widać tłumy ludzi w odświętnych, tradycyjnych strojach z koszykami zasłoniętymi fantastycznie haftowanymi serwetkami. Cudowna pogoda, która nagle zakończyła zimę sprzyja powolnym, leniwym spacerom. Docieramy do cerkwi. I tak jak wcześniej w centrum Lwowa, tak i tu wierni gromadzą się ze swoimi koszykami tworząc okrąg przed wejściem do cerkwi. Urzekają mnie ich koszule, właśnie taką zapragnąłem ostatnio sobie kupić, nie mając jeszcze pojęcia, że to tradycyjny, odświętny strój ukraiński. Mi do tej pory kojarzyła się jako lniana szata Słowianina, z haftowanymi wzorkami. Myślę, że wrócę z taką do domu. Po wysłuchania płomiennego kazania próbujemy wejść do cerkwi. Tam jednak już na schodach wejściowych kolejka. Stajemy, zobaczymy co się będzie działo. Powoli przesuwająca się kolejka przybliża nas do ołtarza. Znów różnica pomiędzy polskimi a prawosławnymi zwyczajami. Wierni nie całują krzyża, lecz obraz zmarłego Jezusa, który dnia wczorajszego widzieliśmy w kościołach. A po adoracji wszyscy przesuwają się dalej. Tam obraz i relikwie naszego papieża. Kolejne miłe zaskoczenie. Wychodząc z kościoła poluję swoim teleobiektywem, by jak najwięcej wyłapać odświętnie, charakterystycznie ubranych lwowian. 

przepiękne wielkanocne ozdoby

odświętne i tradycyjne stroje

święcenie pokarmów przed  katedrą św. Jura


adoracja zmarłego Jezusa

relikwie Jana Pawła II katedrze św. Jura

katedra św. Jura













Szybko wracamy do hotelu, by już na wieczór udać się do centrum bez zbędnych bagaży. Nasz hotel wyposażony jest w kuchnię, a my w pamiętany z czasów podróży na Krym koktebel. 2 drinki i w miasto. I tu zrobił się problem; jest kuchnia, nie ma naczyń. W ten sposób gospodarze postarali się o moją abstynencję ;) Jest w miarę ciepło, jak na tę porę, jednak z każdą minutą temperatura spada. Docieramy do centrum, szukamy jakiegoś kantoru by rozmienić pieniądze, a potem - jak zwykle – na "regionalną potrawę". Trafiamy na dosyć kiepską pizzę, a w dodatku piwo bezalkoholowe nie zaostrza apetytu. Czuć klimat wielkiego miasta. Tłumy ludzi spacerują, tu śpiewają, tam ktoś gra. Jednak nic nie sprawia, ze możemy poczuć, że to ta Wielka Noc. Jedynie wciąż przemykający ludzie z koszykami pełnymi świątecznych pokarmów o tym przypominają. Zmęczeni całym dniem wracamy na nocleg.
Kolejny dzień zaczynamy dosyć późno, nie musimy się nigdzie spieszyć. Tym razem do centrum dojeżdżamy tramwajem. Opłata za bilet niecałe 50 gr zachęca. Mam cały czas na uwadze, że musimy się dostać z powrotem na granicę. W tę stronę nie było problemu, jednak internety nic nie mówią o powrocie, prócz tego, że istnieje taka możliwość. Jednak nigdzie nie udało mi się odnaleźć informacji o przystanku, godzinie odjazdu. Ale mamy na to jeszcze trochę czasu. Znów jesteśmy na rynku i po kolei zaglądamy do blisko siebie położonych świątyń. Dziś jest Wielkanoc, w miejsce obrazu pojawił się pokaźny bochenek – pascha, w centralnym miejscu ołtarza. Dzisiaj widzę mnóstwo ludzi w w tych koszulach, które jeszcze tak bardzo mi się wczoraj podobały. Dalej się podobają, lecz teraz widzę, że nie są to rdzenni lwowiacy, lecz jakieś wiejskie turystwo, które musi coś takiego zakupić. Trochę mi się odechciało być posiadaczem takiej. A gdy pani na straganie powiedziała cenę – blisko 200 zł, wtedy już zdecydowanie odłożyłem ten zakup na inną okazję. Nie udaje nam się trafić na nabożeństwa. Widocznie świętują dzisiaj. Z mojego wcześniej wspomnianego ignoranctwa wyłamuje się katedra łacińska, bazylika, którą już niejednokrotnie miałem okazję odwiedzić. Ostatnio bodajże byłem na pamiętnej mszy 10 kwietnia 2010 r. tuż po katastrofie samolotu prezydenckiego w Smoleńsku. To w tym miejscu Jan Kazimierz składał śluby, to tutaj mszę odprawiał Jan Paweł II, tutaj biskupem był gwardian klasztoru w Rozwadowie Stanisław Padewski. Tu jesteśmy w Polsce. Podczas tej podróży zauważam, jak znika polskość ze Lwowa. Wiem, że to miasto ukraińskie i polskość nie jest tu mile widziana, jednak podczas wielu poprzednich wycieczek spotykałem się z polskimi napisami, starymi tablicami w języku polskim, czy nawet przedwojenną tablicą elektryczną w jednej z kamienic. Teraz jakby to znikło, a może po prostu nie miałem okazji natknąć się na takowe ? Tłumacze sobie, że we Wrocławiu też bym nie chciał widzieć niemieckich napisów.
Spacerujemy nasyceni nieprzejedzonym posiłkiem w pyzatej chacie. Marzena jest zachwycona kamienicami. Każda jest prawdziwym dziełem sztuki. Te płaskorzeźby, zdobienia, balkony! Nigdy nie byłem pasjonatem architektury, jednak i na mnie robią po raz kolejny niesamowite wrażenie. Stwierdzam, ze kolejna wycieczka będzie nastawiona na fotografowanie lwowskich balkonów. To będzie dopiero niezapomniany i zróżnicowany materiał.






 Po raz kolejny przemierzamy jarmark przed Operą, pełen wielkanocnych zdobień i artykułów. Tu nie da się nie czuć Wielkanocy. A potężny napis zawieszony na ratuszu Христос воскрес pokazuje, że Ukraińcy to prawdziwie religijny naród. Na dłużej zatrzymujemy się przed kościołem dominikanów. Zaraz przed wejściem natykamy się na cudowną wystawę potężnych wielkanocnych pisanek. Są fantastyczne! Myślę, że więcej tu powstaje zdjęć przez kilka dni niż w całym XX wieku. Ja też robię swoje. 


A gdybym się jeszcze urodzić raz miał..

Chrystus zmartwychwstał - ratusz ogłasza wszystkim

jarmark przed Operą




wielka pisanka przed gmachem Opery

Wystawa pisanek przy kościele Dominikanów












Dochodzi 15, kiedy decyduję, że pora szukać drogi do granicy. Z kilku miejsc, jakie udało mi się znaleźć w Internecie zaczniemy od dworca kolejowego. Jeśli tam nic nie znajdziemy, to i tak zwiedzenie dworca samego w sobie będzie sporą atrakcją. Przypadkowo znajduję tramwaj jadący na dworzec i już po chwili tam jesteśmy. Marzena zagaduje przechodniów, kierowców, lecz żaden nie jest w stanie podać dokładnego miejsca. Dopiero pani w okienku na dworcu autobusowym podaje nazwę – ulica Gorodocka. Postanawiam wrócić do centrum, tam wbić się na jakieś wifi i odnaleźć drogę. Tak robimy. Telefon łapie mi sieć i szybko wskazuje drogę. Idziemy tam pieszo, lecz po chwili coś zaczyna nie grać. Tak, niestety moja ęteligencja bierze górę. Ulica Gorodocka to ulica, przy której zlokalizowany jest dworzec kolejowy. Brawo ja! Tracimy godzinę czasu. Pani w okienku tłumaczy, że musimy dojść do ulicy głównej i tam czekać na marszrutkę do Szegini. Byliśmy pięć minut od tego przystanku, a straciliśmy tyle czasu. To się nazywa zbieranie doświadczenia. Oczywiście na przystanku nikt nie potrafi powiedzieć, kiedy i czy w ogóle będzie taki bus. Stoi jakiś autobus jadący do Gorodoka, czyli po naszemu Gródka Jagiellońskiego. Kierowca mówi, żeby wsiadać. Słuchamy jego rady i zaraz jedziemy w kierunku granicy.
Z początku w miarę pusty autobus zaczyna z czasem napełniać się, by po kilku kolejnych przystankach niemal pękać w szwach. To co jest niesamowite, to sposób zapłaty za bilet. Ledwie wciśnięty kolejny pasażer podaje mi pieniądze, by podać dalej do kierowcy. Po dłuższym czasie wraca reszta. Niesamowite. A jednocześnie takie proste i ludzkie. Nie polskie. Jedziemy już dosyć długo, gdy widzę rozwidlenie dróg. Jedna prowadzi do centrum miasta, druga wiedzie w kierunku granicy. Szybka decyzja - Marzena, wysiadamy - i po chwili stoimy na przystanku w szczerym polu, kilkadziesiąt kilometrów od granicy. To, jak się za moment okazało, była kolejna, bardzo mądra moja decyzja. Marzena zagaduje do ludzi na przystanku. Zapewniają, że zaraz będzie marszrutka do Szegini, jednocześnie mówiąc, ze niepotrzebnie wysiadaliśmy, gdyż w centrum Gródka łatwiej ją złapać. Ale dzięki temu poznajemy Jurka, jego żonę i dwóch synów. Jurek wraca od teściowej, a jego stan najwyraźniej wskazuje, że dziś są święta. Prowadzą z Marzeną dyskusję na coraz to ciekawsze tematy. Jurek to ukraiński Polak, jego dziadek i ojciec byli Polakami, żona Ukrainka, ale z nią też się dogadujemy. Jego polskość wyraźnie słychać w najczęstszym polskim słowie na k, które Jurek beztrosko powtarza. Dyskusja jest coraz ciekawsza, już mam numer Jurka i zaproszenie na wizytę, dzika i bimber. Co więcej, już prawie siłą ciągnie nas do teściowej na imprezę. Jednak żona, jak to żona, studzi jego zapędy. Po długim czasie na horyzoncie pojawia się bus. Jest, Szeginie. Zapakowany do granic możliwości niestety ignoruje nasze ręce proszące, by się zatrzymał. Po chwili kolejny zabiera nas do centrum Gródka.
Nie będzie to kolejne miejsce zwiedzone na mojej liście. Pomimo faktu, że jest to miasto dla Polaka historyczne, tutaj zmarł Władysław Jagiełło, jedyne o czym myślę, to aby pojawił się w końcu bus. Jurek po raz 15 ciągnie mnie na piwo i gdyby nie fakt, że zaraz za granicą czeka na mnie samochód, z miłą chęcią uprzyjemniłbym sobie czas czekania w ten sposób. Po blisko godzinnym oczekiwaniu przyjeżdża marszrutka, Niestety, do Mościsk, nie do Szeginie. Jurek z rodzina znikają w niej, a my zostajemy sami przy głównej ulicy. Jak zapewniła żona Jurka – przyjedzie. Więc czekamy. I czekamy. Ściemniło się już, światła samochodów zaczynają razić, a marszrutki jak nie było tak nie ma. Zaczyna się robić dosyć nieciekawie. Martwi mnie też fakt, że z moich hrywien niewiele już zostało, mam nadzieję, że na busa wystarczy. Przestaję mieć nadzieję i pomysł co dalej. Jest już coraz później, dziś jest niedziela wielkanocna, raczej nie ma szans, by coś się pojawiło. Zaczynam poważnie się martwić. Z boku stoi taksówka, jednak za 50 kilometrów policzyć by musiała majątek. Przerażony aczkolwiek świadomy, że właśnie takie sytuacje tworzą wspomnienia wciąż wypatruję. I jest, pojawia się bus! I nie, niestety nie Szeginie. Mościska. Co robić ? Wsiadamy, zawsze to bliżej granicy, może stamtąd będzie nas stać na taksówkę.
To była bardzo długa droga. Pełna wybojów, zakrętów. W zupełnym mroku. O 22 jesteśmy w Mościskach. Szeginie to tylko 14 km stąd. Już prawie na miejscu, jednak jakoś trzeba te ostatnie kilometry pokonać. Na marszrutkę nie ma co liczyć, na postoju taksówek pustka. Co robić? Zostaje nam złapanie stopa. Idziemy na główną drogę, gdzie teoretycznie każdy samochód zmierza do granicy. Mijają nas RZ, RLE, RP, RMI, lecz żaden nie myśli się zatrzymać. Nawet im się nie dziwię, brać kogoś na stopa na Ukrainie blisko północy. Niepoważne. Przeliczam na kilometry – 3 godziny marszu, da radę, ale boję się o tym myśleć na poważnie. Jednak jest inne wyjście? Nawet jeżdżące taksówki się nie zatrzymuję. Marzenę już boli ręka od machania. Jesteśmy w obcym państwie, wśród osób, które nie przepadają za Polakami, bez szans na znalezienie transportu. Decydujemy wrócić w pobliże sklepów, może na postój taksówek. Może jednak coś się znajdzie, może ktoś za dosyć dużą opłatę zdecyduje się poświęcić 10 min, żeby nas powiózł do granicy. Patrzymy – jedzie taxi, Marzena zatrzymuje i pyta kierowcę, czy by nas nie podrzucił. W środku ma już pasażerów. Wsiadajcie! To było najpiękniejsze słowo, jakie mogłem teraz usłyszeć. Ile? 150 hrywien. Damy radę, a wręcz jestem gotów zapłacić mu o wiele więcej za ten miłosierny uczynek. Mały problem jest taki, że mam tylko 30 hrywien, ale mówię, że rozmienię w kantorze i mu zapłacę. Słysze, jak pasażer dziwi się, że tylko tyle zawołał za kurs do granicy. Po chwili jesteśmy nareszcie na miejscu. Kantory zamknięte, lecz jest sklep, w którym robimy zakupy, a nasz dobroczyńca dostaje 50 zł, ponad dwa razy tyle, ile od nas zawołał. Jesteśmy mu bardzo wdzięczni! Szybka odprawa, jesteśmy jedynymi osobami na granicy. 10 złotych za parking i po 2 godzinach kończy się nasza wielka wielkanocna przygoda. To było dobre otwarcie moich podróży!
Ten klimat, tego szukam

Na rogu Kopernika i Słowackiego. Cyrylica i jesteś jak w domu
Niesamowity efekt promieni świetlnych

pop w pięknych szatach liturgicznych

ołtarz wielkanocny


hejnał z ratusza

nieliczne pozostałości polskości Lwowa


królowa szos

zamurowane okna

a czemu nie zaparkować na kilka dni na środku drogi pomiędzy liniami tramwajowymi?

polski samochód na tym by padł. Ukraiński jeździ setką
awaria


pomnik Nikifora



Христос воскрес






siedząc w knajpce obserwowaliśmy, jak turyści tłumnie fotografują się z Masochem, nieważne kto i po co, zróbmy sobie zdjęcie, skoro już tu stoi. A potem jazda w łóżku. Ale żeby od razu robić foty dzieciom?

to był baaardzo ciepły dzień kwietnia
o 23 w Mościskach traktowałem to jako żart, teraz już wiem, że niedługo tam wrócę

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz